Mirki, Mirabelki, Wstępem i…

Mirki, Mirabelki, Wstępem i…

Mirki, Mirabelki,
Wstępem i zarazem zakończeniem:
Pijcie ze mną kompot
Moje nowotwory okazały się niezłośliwe.
Ja to tylko tutaj zostawię, bo zatrważa mnie nasza służba zdrowia. PRL w umysłach PRL w szpitalach.
Końcem 2020 roku poroniłam w sumie drugi raz z tym, że byłam na tyle wysoko w ciąży a serducho już od dawna nie biło, że musiałam mieć wywołane poronienie i łyżeczkowanie. Pierwszy absurd- wywołanie poronienia za pomocą leku przeznaczonego na owrzodzenie żołądka. Po tabletce miałam gorączkę 39 stopni. W nocy musiałam chodzić i zgłaszać, że koleżanka z boku się zakrwawiła w łóżku i potrzebuje pomocy bo jest zacewnikowana. Po moim pytaniu dlaczego nie ma dzwonków w sali usłyszałam „ takim jak wam już nic się gorszego stać nie może, dzieci już nie żyją panie będą żyć, chodzić mogą”. Sprzątając łóżko koleżanki jedna pielęgniarka do drugiej „ weź mi to z oczy bo się zrzygam”. Dodam jeszcze, że w szpitalu na cały oddział Patologii Ciążowej jest 1 ubikacja. Jak to pielęgniarka ładnie ujęła „ poronić Pani sobie może w łóżku, idąc do toalety, na korytarzu, w ubikacji”. I tak to wygląda, że dostaje się taki wielki jakby papier, wkładają Ci tabletkę dopochwowo i zostawiają samą sobie. Przyniosłam pielęgniarce płód zawinięty w ten papier, a ona dała mi do ręki kubeczek i rękawiczki kazała mi iść do łazienki i przełożyć to do kubeczka, odebrałam to tak, że po prostu się brzydziła. Nie wyjaśniono nam jaka jest procedura zabiegów itp. W trakcie 2 dni w szpitalu miałam chyba z 6 kroplówek minimum, już nie wiem dokładnie bo już byłam przez te dawki leków otumaniona. Myślałam, że trafiłam na jakąś pielęgniarkę zołzę, ale koleżanka, która poroniła miesiąc wcześniej miała takie same doświadczenia tylko nie miała siły tym rozmawiać.
Po 2 dniach od wypisania trafiłam znowu do szpitala z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego. Zrobiono USG i inne badania. Wykluczono wyrostek ale znaleźni coś na nerce, wypisali do domu. Po wielu perypetiach zrobiono Tomograf i wyszło, że mam 7 nowotworów w tym w nerkach, 2 torbiele + guz w głowie. W międzyczasie przyszedł wynik histopatologiczny z badania kawałka łożyska okazało się, że miałam nie typową ciążę tyko zaśniad częściowy. Poszłam na wizytę kontrolą do ginekologa i powiedział mi, że mam chorobę trofoblastyczną, taki nowotwór i trzeba będzie wdrożyć poważniejsze leczenie. Poszłam do innego ginekologa powiedział praktycznie to samo + to, że urósł mi w międzyczasie guz w macicy i cysta na jajniku na 7 cm. Dostałam skierowanie do poradni genetycznej w celu rozpoznania choroby „stwardnienie guzowate”. Czas oczekiwania to rok pod warunkiem, że się ma napisane na skierowaniu PILNE- nie miałam. Badania genetyczne wykonałam prywatnie żeby mieć to z głowy. Kilku lekarzy mi dało do zrozumienia, że lepiej żebym o dziecko się nigdy nie starała, że nowotwory np. w nerkach mogły mi urosnąć w czasie ciąży itp. Dając do zrozumienia, że to na pewno stwardnienie guzowate i lepiej żebym dzieci nie miała o ile się wszystko dobrze potoczy.
Tyle smutnych rzeczy usłyszałam z niektórymi się pogodziłam. Czuje się normalnie, zdrowa, pełna siły, ciężko po tym wszystkim mówić nawet o jakiejś depresji. Poszłam jeszcze do innych doktorów prywatnie w tym do jednego z lepszych ginekologów-onkologów i tu uwaga cytuję „ z jakimi niekompetentnymi ludźmi miała Pani do czynienia..” po dodatkowych badaniach okazało się, że nowotworu narządów rodnych nie mam, wystarczy terapia hormonalna bo fakt faktem mam cystę na 7 cm i jak nie zmaleje to mi ją wytną, może pęknąć ale życiu mi to nie zagraża. Co do innych nowotworów to są naczyniako-tłuszczaki. W najgorszym wypadku mi usuną nerkę, też chemioterapii tutaj nie musze mieć. Przez 3 miesiące miałam w głowie najgorsze. Do końca życia musze co 3 miesiące robić USG brzucha i MR głowy, żeby sprawdzać czy te skurczybyki nie rosną. Możliwe, że żyję z nimi od prawie urodzenia a mam 27 lat, także może być tak, że nigdy nie urosną na tyle żeby trzeba było je usuwać oby oby.
Kurde Mirki brakuje mi komentarza. Dzisiaj po wyjściu od onkologa się popłakałam ze szczęścia, chyba taka szczęśliwa nigdy nie byłam. Nie pojmuję jak lekarze mogą tak pochopnie, pewnie na podstawie swojego widzimisię stawiać diagnozy. PS. Na wyniki genetyczne jeszcze czekam, ale cóż genów już nie zmienię .

#trudnesprawy #zycie #polska #rozowepaski #onkologia #poronienie #cysta # nowotwory
#lekarz #zdrowie #pytanie #choroby #medycyna #szpital #sluzbazdrowia

Comments are closed.